Linkin Park
Jezu, rozkleiłem się... oglądnąłem kawałek fajnego romantycznego filmu, posłuchałem LinkinPark. Wynik jest taki, że po prostu się rozkleiłem. Czuję się tak, jak podczas zeszłej zimy - ponuro, smutno itp.itd. Pamiętam, że dużo wtedy pisałem, żaliłem się bez końca, opisywałem wszystko dokładnie i skrupulatnie co czuję, czego mi brakuje, czego mam dosyć. Teraz mam ochotę zrobić to samo. I zrobię... Brakuje mi czegoś. A właściwie kogoś. Kiedyś mogłem z nim rozmawiać, zwierzać się, opowiadać mu co czuję do otaczającego mnie świata, ale owy świat, ogólnodostępny system zabrał mi go. Zabrał mi go internet, zabrali mi go ludzie, których tak nie lubię. A może sam tego chciałem? Oczywiście. Co pisałem przez ostatnie parę tygodni (jeżeli nie miesięcy) o nim? Czyżby nie to, że mam go dosyć, że ogarnia mnie apatia gdy tylko go widzę? Właśnie tak pisałem - że nienawidzę go z całego serca. I to prawda - nienawidzę go takim, jakim się staje - prostym, pustym, dresiarsko-skejtowym manekinem wypranych z uczuć, głębszych myśli. Cały jego świat zamyka się na przekonaniu "Nie! Ja wiem lepiej i chuj!", podobnie jak większości owych manekinów bezczelnie nazywających samych siebie ludźmi.
Książki i dylematy .